Piece konwekcyjno parowe w gastronomii
„Witam państwa bardzo serdecznie, jestem piecem konwekcyjno-parowym, nieskazitelnie pięknym, pożytecznym i o niewiarygodnie niskiej cenie! Przydaję się w każdym lokalu gastronomicznym, jestem niezastąpiony. Nigdy nie uchylam się od obowiązków, nie psuję, nie męczę. Beze mnie ciężko się obyć; moja wydajność zaskakuje nawet największych mistrzów kuchni. Nigdy nie widzieliście tak porządnego, tak przydatnego urządzenia! Każde tchnienie prądu elektrycznego, ciska we mnie nowe pokłady energii i chęci pracy.
Jestem najlepszy ze wszystkich. Potrafię gotować, piec, smażyć. Co więcej – daję ciepło. Takie prawdziwe, nieoszukane. Jest ono większe niż jakiekolwiek inne, które znacie. Otaczam światłem i rozkoszą. Gorącą parą potraktuję każde warzywo, każdy kawałek mięsa, który oddacie pod moją opiekę. To jak relaksujący prysznic – rozgrzewa i delikatnie pieści ciało.”
Takie właśnie słowa zdawał się wypowiadać piec konwekcyjno-parowy, stojący w samym centrum sklepu gastronomicznego „Ambrozja”. Będąc niewątliwie perełką, błyszczącą na tle innych urządzeń, piec dumnie obnosił się ze swoją pokaźną ceną, wynoszącą trzydzieści cztery tysiące osiemset dwadzieścia trzy złote dziewięćdziesiąt dziewięć groszy. Klienci spoglądali na niego z pożądaniem, wybierając garnki i ceramiczne noże. Marzyli, aby mieć kiedyś taki na własność. Nie dla każdego było to jednak odległe bujanie w obłokach. Niektórzy odwiedzający sklep planowali zakup takich i owakich urządzeń, w tym kosztownego pieca konwekcyjno-parowego. Przechodząc obok - przystawali, odczytywali dane techniczne, przyglądali się dotykowemu panelowi i głaskali go z czułością. Wiedzieli, że być może to cudo będzie w przyszłości należało do nich, musieli być jednak pewni swojego wyboru. Chcieli być właścicielami ideału. A wybierać było w czym: piece takie, owakie, z pokrętłami, bez, jasne, ciemne, podświetlane od dołu, góry –
niesamowite!
Piec konwekcyjno-parowy tymczasem przyglądał się swoim potencjalnym nabywcom z równą ciekawością, co oni jemu. Wiedział, że w końcu znajdzie się człowiek, któremu będzie mógł dać mnóstwo ciepła. Nie mógł się doczekać tej chwili. Wyobrażał sobie przyjaźń ze swoim właścicielem, polegającą na symbiozie, obustronnym dbaniu o siebie. Wzajemnej trosce.
W końcu nadeszła godzina sądu. Przyszedł człowiek, który postanowił go kupić. Był pewien. Piec konwekcyjno-parowy aż gotował się z radości. Człowiek, który się na niego zdecydował, wyglądał dość niepozornie – był niski, z powiększającą się, przedwczesną łysiną. Ubrany również niezbyt dostojnie. Nie wyglądał na szefa kuchni. Właściwie to niespecjalnie pasował do swojego nowego nabytku. Nie był tak nowoczesny; brakowało mu szyku i wyczucia stylu. Piec konwekcyjno-parowy nie zamierzał jednak marudzić, zbyt ciekawy był czekających go przygód.
Chciał się bardzo postarać. Zapakowany do samochodu, marzył o chwili, kiedy pokaże pełnię swoich możliwości. Wyobrażał sobie, jak spokojnie, ale dynamicznie ogrzewa się od środka. Jak równomiernie rozkłada ciepło, pamiętając o wszystkich technologicznych parametrach. A co najważniejsze – jak ogrzewa tym ciepłem swojego nowego przyjaciela, dając mu to, co najważniejsze – troskę. Marzył o tym poświęceniu, o uczuciu, o możliwości wykorzystania swoich zdolności. To było wspaniałe wyobrażenie.
W końcu dojechali. Piec konwekcyjno-parowy został wniesiony do sporego lokalu. Nie było w nim ludzi. Pachniało jeszcze remontem. Dookoła rozmieszczone były przedmioty równie niepasujące do właściciela, co niedawno kupiony piec. W końcu zobaczył swoje miejsce: szlachetną, połyskującą nowością kuchnię. Umieszczony pomiędzy innymi urządzeniami, poddał się (wcale nie krótkiemu) procesowi podłączania. Nie podobało mu się to - tak bardzo nie mógł się doczekać pokazu swoich umiejętności. Został wystawiony jednak na próbę cierpliwości. Po podłączeniu, zgaszono światła i zostawiono go samego w nowym otoczeniu. Musiał czekać świtu.
Noc była boleśnie samotna. Nie tak spodziewał się przeżyć pierwsze godziny po upragnionym etapie zakupu. Przetrwał to jednak dzielnie. Od momentu, kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły zaglądać przez okno, piec konwekcyjno-parowy wrócił do swoich wyobrażeń dotyczących misji dzielenia się ciepłem z nowym przyjacielem. Z każdą chwilą jego myśli były coraz gorętsze, grzałki czerwieniały mu z emocji. Był pewien, że dziś nawiąże kontakt z tym łysawym człowiekiem, że ofiaruje mu trochę (nie, nie trochę – mnóstwo!) prawdziwego, szczerego ciepła. Jego chęć była tak intensywna, że (zgodnie z porzekadłem: chcieć to móc) stała się sprawcza. Piec konwekcyjno-parowy rozgrzał się i gotowy był, by tym ciepłem podzielić się z innymi. Zgodnie z jego oczekiwaniami, niedługo pojawił się przy nim właściciel. Również był ciekawy swojego nowego nabytku. Bez wahania otworzył go i chciał obejrzeć od środka. Kiedy jednak chwycił metalowej półki, spotkała go niemiła niespodzianka. Krzyknął i podbiegł do zlewu, wkładając
zaczerwienioną dłoń pod zimną wodę. „Niech to szlag!” – krzyknął, kopiąc co popadnie.
Piec konwekcyjno-parowy nie mógł zrozumieć, co zrobił nie tak. Chciał przecież tylko podzielić się swoim ciepłem, nic więcej. Jak się okazało, to nie takie proste. „Może ja się po prostu do tego nie nadaję – myślał – jestem tylko urządzeniem kuchennym. Nie powinienem myśleć o przyjaźniach i innych górnolotnych rzeczach. Tak, zdecydowanie. To wszystko głupota! Ciepło jest dobre dla słabych. Od tej pory będę pokazywał swoją siłę, będę nieznośnie mocny!”.
W ten sposób piec konwekcyjno-parowy wyzbył się wszelkich skrupułów i słabości. Bezdusznie piekł i dusił mięso, martwe zwierzęta, które nie skarżyły się na żadną ilość ciepła.
